Warszawa.
Kozłówka, gramy w piłkę w oczekiwaniu na wstęp do pałacu Zamoyskich (to mniey boli, 19-wieczny stepper, te sprawy).
No i sam pałacyk z otoczeniem.
Muzeum Socrealizmu. Fotek robić nie wolno, nie wiem w sumie czemu.
Tawariszcz Lenin zawsze będzie gwarantem ciągłości istnienia dorobku rewolucji październikowej!
Kijanecka.
No i gdzie ta katapulta?
Puławy, kolejna ich posiadłość.
Amen.
Namiot stoi. Nie przemókł.
Próbka zwyczajowego bałaganu wewnętrznego. Jak się kładło? Proste, odgarnąć wszystko co przeszkadza na boki, wgramolić się do śpiworu i następny niechaj wchodzi.
Po prawej kawałeczek namiotu Filipa, a na pierwszym planie nasza bagażówka. Warto zwrócić uwagę na tropik zrobiony z worka na śmieci. Bagaże mimo 5 nocy deszczu całkowicie suche.
Pierwszy dzień wchodzenia, zaczynamy od Połoniny Wetlińskiej.
Filip w szpanerskiej cs-owej koszulce, Bart z zacieszem.
Połonina Caryńska. Tam jeszcze wejdziemy.
Chatka Puchatka wyłania się zza traw.
Cóż, fotki robione w momencie wżerania paluszka nie muszą być piękne. Zresztą, i tak to zdjęcie pokazuje właściwie jedynie, że tam byłem. Nic więcej nie ma pokazywać.
Długa droga przed nami.
Smerek.
Zdechła żabcia.
Budynki campingu PTTK.
Mostek, który rok temu był otwarty i był jednym z przyjemniejszych miejsc, teraz został zamknięty. Wejść się da, ale sam fakt sugeruje, że coś jest nie tak.
Kąpu kąpu.
Potok Wołosaty. W tym roku nawet dostrzegłem tam ryby.
Słynne już dwie górki.
Zrobili nowy asfalt do Wołosatego! Miejscowość ta przez to co prawda teraz jest zaledwie 10 minut busem od Ustrzyk (a nie 30), ale straciła nieco uroku. Na zdjęciu miejsce, gdzie nowy asfalt się kończy, a przypomina to, co było wcześniej.
Wołosate cmentarz.
Resztki cerkwi w Wołosatym.
Studnia, a w tle Tarnica.
Blisko, coraz bliżej, coraz błotniej.
Przebłyski słońca.
A tam w dole Wołosate.
Nie, nie w tym roku.
To dopiero jedna trzecia drogi.
Witamy na Tarnicy, najwyższym szczycie po polskiej stronie.
Chyba pora stąd spadać.
Ale jeszcze pamiątkowa fotka.
Czy to już ładny funnel cloud?
A w dół widać Ustrzyki.
Salamandra plamista.
Granica polsko-słowacka, słowackie korony.
Svidnik po słowackiej stronie, blokowisko, a w samym środku cerkiew.
Stara synagoga w Bardejowie.
Ryneczek.
Pan przewodnik opowiada coś wielce ciekawego, a ja, zły człowiek, właśnie zdjęcia robię, zamiast słuchać. Jak tak można?
Wchodzimy na Połoninę Caryńską, ksiądz robi fotki.
Dominik, Szczebel, Trollek, Winicjusz, Dubiela.
Przewodnik obserwuje, za nami nasze guru wyżera jagody, a Wojt robi zdjęcie telefonem.
Tak, po prawej widać dłoń guru sięgającą po jagodę.
I schodzimy do Ustrzyk Górnych.
Zjazd na Wołosate, w tle kościół.
Znowu Ustrzyki Górne.
Słup triangulacyjny. Służył bodajże do mierzenia odległości.
A tam widać Wołosate.
Droga na Kremenaros wzdłuż granicy.
Rany, ale to zdjęcie krzywe. Chyba naprawdę byłem tego dnia zmęczony.
Filip w dniu swoich 17 urodzin.
Mr Przewodnik.
Ostro w dół.
Witamy w Solinie, Monciaku Bieszczad.
Jakim cudem podszedłem do barierki?
...i spojrzałem w dół?
Dwa śmigłowce, SP-SAN i SP-SOL, nie wiem do czego tam właściwie one służą.
Prawie jak plaża. Prawie jak morze.
"Just when things were right / Didn't mean they were always wrong"
Rejs po zalewie - 17 zł normalny, 12 zł ulgowy. Wolałem kupić sobie t-shirt za 15 ;]
No i pakujemy się, czas do domu.